Zróbmy z Polski Maderę

Niespełna tydzień minął od czasu kiedy wtopiłem się w polskie realia po ośmiodniowym urlopie. I muszę stwierdzić, że niełatwo się przestawić – nie tyle o godzinę do przodu, ile zacząć znowu oddychać ciężkim powietrzem, które ma w sobie sporo problematyczności czy nieżyczliwości.

Do góry brzuchem leżałem na Maderze, portugalskiej wyspie położonej na Oceanie Atlantyckim, gdzie panuje „wieczna wiosna”. A to ze względu na temperaturę ok. 24 stopni, jaka plus/minus utrzymuje się tam niemal przez cały rok. Piękne miejsce, zapierające dech w piersi widoki – stosując pijarową retorykę biur turystycznych, która wiele się nie myli – ma się praktycznie na każdym kroku. Jest tak dlatego, bo oprócz oceanu cały archipelag jest pochodzenia wulkanicznego. Są tam zatem klify (najwyższy w Europie i drugi najwyższy na świecie – Cabo Girao), góry sięgające ponad 1800 m czy bujna roślinność klimatu subtropikalnego. Jednak nie o to chodzi, żebym u początków chłodnej jesieni, kiedy każdemu na głowę spadają kasztany, rozprawiał o plażach, leżakach i koktajlach. Chciałbym raczej napisać co-nie-co o autochtonach Madery.

Uwielbiam pojęcie znane mi już z Hiszpanii: „mañana”. Oznacza „jutro” lub „rano”, ale stosuje się je również w języku potocznym, kiedy chce się przekazać rozmówcy, żeby troszkę wyluzował, bo na wszystko jest czas. Innymi słowy: chillout! I rzeczywiście mieszkańcy Madery mają coś takiego w sobie, być może dlatego, że przez pewien czas na wyspie rządziła Hiszpania. Kiedy jedziesz busem z tamtejszym Portugalczykiem, a inny pojazd wryje się przed ciebie albo po prostu zablokuje wjazd, twój kierowca zatrąbi, żartując wszem i wobec, że facet z naprzeciwka wypił zapewne za dużo „poncza” (lokalny trunek). Następnie zatrzyma się, uśmiechnie do pasażerów, by po chwili otworzyć szybę oraz wymienić życzliwe zdania z zagradzającym mu przed chwilą drogę współziomkiem. Wyobrażacie sobie, co stałoby się w Polsce po takim manewrze? Krążą wszak po internecie filmiki samozwańczych Tysonów.

Gdy idziesz zamówić coś do picia w rozgrzanym mieście, przyzwyczaj się, że możesz zostać obsłużony dopiero za kilka chwil, bo pan za barem akurat czyta ciekawy artykuł w gazecie. Bądź jednak pewien, że kiedy skończy, zostaniesz niemal obdarowany napojem, w gratisie z uśmiechami, życzliwością i niekończącymi się pogadankami. Nie rozumiesz języka? A człowiek nie potrafi gestykulować, żeby część powiedzieć, a część pokazać na migi? (Prawie wszyscy mówią po angielsku, gdyby ktoś pytał.)

Warto wykupić sobie wycieczkę po wyspie. Kiedy rano spod hotelu będzie odbierał cię przewodnik, nie musisz iść kilkaset metrów do przystanku, a gdy się spóźnisz – nikt ci nie odjedzie, pieniądze nie przepadną. Ba, możesz nawet zaspać! Kierowca wpadnie po ciebie do hotelu, a jeśli cię tam nie zastanie, wtedy wdrapie się na piętro, gdzie jeszcze ślinisz piżamkę, i stanie się twoim budzikiem. Zaś po ujrzeniu sympatycznie wyglądającego pana o ciemnej karnacji, nie usłyszysz obelg, ale zapewnienie, że „mamy przecież cały dzień”.

Mogłaby dotrzeć do odwiedzającego Maderę (Portugalię?) ułuda, że na wyspie głównie utrzymującej się z turystyki wszyscy muszą być życzliwi, bo to ich zarobek. Na szczęście, ułuda nie na darmo się nią zwie. Bo jak wytłumaczyć ciekawy przypadek z hotelu, gdy w pierwszych dniach pobytu serwują ci zamówione wcześniej posiłki i napoje, nie mając pojęcia jak wyglądasz, ale też nie dopytując się o nic? Skoro przyszedłeś tutaj na obiad czy kolację, to znaczy, że masz wszystko zapłacone. Ufam tobie, koniec, kropka.

A kiedy wybierzesz się w niedzielę do kościoła, to przy okazji przekazywania sobie znaku pokoju, dostaniesz kilka(naście) dłoni do uściśnięcia. Będziesz odczuwał przejmujący, acz przyjemny stres, że nie zdążysz przywitać wszystkich zanim msza się nie skończy. Nie dostrzegłem, żeby ktoś tam machał głową w niezidentyfikowanym kierunku niczym piesek z deski rozdzielczej samochodu.

I teraz wyobraź sobie, że wracasz do Polski, a tam… No właśnie. Sąsiad drze się na drugiego, że ten zajął mu miejsce parkingowe. Ludzie w sklepie przepychają mnie w kolejce (jak w „Dniu Świra” – facetka uderza w mój tył wózkiem). Rząd z grubej rury ogranicza prawa wolnościowe, bo uważa, że jak społeczeństwu da się za dużo swobody, to samo nie pomyśli. Zawsze znajdzie się jakiś brak zaufania, nieżyczliwość i zaduch. Oczywiście ukazując tę negatywną stronę rodaków, bo pozytywów też jest masa, jeśli nie więcej. Chodzi jednak o skalę tego zjawiska. Dlaczego tak się dzieje?

Być może odpowiedzi na te pytanie udzieli historia. Zarówno Polska, jak i Madera są zasiedlone od wielu wieków (wyspa mniej więcej od XIV w.), zatem argument o „świeżym etnicznie narodzie” odpada. Jest natomiast coś, co wyróżnia portugalski archipelag. Prawie w ogóle nie targały nim konflikty. Oprócz przejęcia wyspy (i całej Portugalii) przez Hiszpanię, krótkiego zarządu brytyjskiego, ataku piratów czy wewnętrznej rebelii z powodu ustanowienia ograniczonego prawa do wyrobu mąki, Madera miała się całkiem nieźle. Dodatkowo, nie wspominając o możnych tego świata, jakich gościła w celach wypoczynkowych, przyjmowała niemało uchodźców, m.in. Maurów, Żydów, Holendrów czy Włochów. Mogłoby to tłumaczyć ich otwartość w stosunku do ludzi obcych nacji, gdyby nie fakt przemawiający na niekorzyść autochtonów, jakim było wykorzystywanie czarnoskórych niewolników z Afryki do budowania lewad (górski system nawadniania na Maderze). Jednak należy też przytoczyć kontekst historyczny, że w XVI wieku, gdy budowano owe systemy, mało kto wyobrażał sobie rzeczywistość bez pracy niewolniczej.

Tak czy owak, usposobienie mieszkańców wyspy jest porażająco dobre. Chciałoby się rzec: chrześcijańskie, i nawet coś byłoby w tym określeniu, bo większość tamtejszej ludności stanowią katolicy. Spory wpływ na ten fakt ma zapewne kult portugalskiej przecież Matki Bożej Fatimskiej. Dlatego wracając fizycznie z urlopu, kiedy mój duch krąży jeszcze po oceanicznym archipelagu, mam tylko jedno życzenie: zróbmy z Polski Maderę.
Paweł Brol
Napisz do autora: pawel.brol@o2.pl