Wielkopomna wizyta w przychodni medycyny pracy

Niestety, skończyła mi się ważność badań okresowych, więc musiałem udać się do lekarza medycyny pracy. Każdy z Was, kto robił takie badania wie, że przekroczenie progu przychodni jest porównywalne z przejściem przez szafę do Narnii – oto przed nami otwiera się zupełnie inny świat, którym rządzą odmienne prawa.

Już na starcie człowiek spotyka się z kolejką. Pierwszą. Po numerek. Inaczej badań tych nie da się zrobić. Przyszedłem niedługo po rozpoczęciu rejestracji i już byłem trzydziesty.

Z otrzymanym numerkiem należy udać się piętro wyżej na wykonanie badań. W zależności od specyfiki pracy tych badań może być nawet kilka -> czyt. wszędzie wiąże się to ze staniem w kolejce. Porządku nie ułatwia fakt, że czekając na swoją kolej tuż przed wejściem do gabinetu może pojawić się jegomość (lub jegomości kilku), którzy byli na innych badaniach, a z racji tego, że mają niższy numerek – wchodzą przed tobą.

Gdy wszystkie badania zostały zrobione, musiałem wrócić znów do podziemi, aby tym razem lekarz medycyny pracy złożył podpis pod oświadczeniem o ważności badań. Na co oczywiście także trzeba czekać w kolejce.

I właśnie tam, w podziemiach Narnii, spotkałem jakże ciekawe postacie! Usiadłem i zacząłem obserwować.

Do rejestracji podchodzi pan.
– Dzień dobry, w jakie dni przyjmuje doktor X.?
– Od poniedziałku do środy.
Cisza. Na twarzy mężczyzny rysuje się szczery brak zrozumienia.
– W poniedziałki, wtorki i środy. – wyjaśnia pielęgniarka.
– W poniedziałki, wtorki i środy?
– W poniedziałki, wtorki i środy.
Cóż, grunt to pewność.

Nieopodal siedzą dwie głośne Karyny. To osobniki z gatunku tych, które komentują wszystko i wszystkich, nie przejmując się, że przeszkadzają innym. Śmiechom nie ma końca, aż pielęgniarka je upomina przypominając gdzie są. One oczywiście nic sobie z tego nie robią.

– Przepraszam, który ma pan numerek? – pyta stojącego przed drzwiami gabinetu mężczyznę jakaś kobieta.
– 14, ale jeszcze nie wchodzę. – odpowiada.
– Słyszałaś? – wykrzykuje Karyna 1. – Nie wchodzi!
– Ciekawe czy lubi wchodzić?! – krzyczy Karyna 2.
Hahaha.
Rozpuk.

Mijają kolejne minuty ich trajkotania. Niczym pasażerki w przedziale w „Dniu świra”.

Do rejestracji podchodzi jakiś człowiek.
– Pan pierwszy raz u nas? – pyta pielęgniarka.
– Nie.
– Czyli ma pan kartę?
– Nie.
– No to pierwszy raz pan jest?
– Tak.
Porozumienie ponad wszystko.

– Coś wolno się posuwa ta kolejka. – komentuje Karyna 1.
– Posuwa! Hahahaha! – wybucha śmiechem Karyna 2. – Ty to jesteś…
– Przepraszam, czy mogłyby panie być trochę ciszej? – upomina po raz kolejny pielęgniarka.
– A bo wie pani jak to jest, my nadajemy na tych samych falach. – tłumaczy swoje zachowanie jedna z Karyn. – Rzadko kiedy można kogoś poznać, kto nas tak rozumie. I to w przychodni.

Kyrieeleison!
To dopiero szczęściary!

Niestety, nie wziąłem ze sobą słuchawek, aby odgrodzić się od tych karynowych dźwięków. Po jakimś czasie przychodzi kolej na Karynę 1. Wstaje, by wejść do gabinetu, na co Karyna 2 wykrzykuje:
– Uwaga! Nadeszła wielkopomna chwila!
Hahahaha.
Karyna 1 weszła do środka i w tej chwili w całej przychodni zapanowała błoga cisza. Karyna 2 zamilkła. Przyjaciółka ją opuściła.
Błogość.
Spokój.
Po wyściu z gabinetu Karyna 1 powiedziała ładnie „Do widzenia” i wyszła.
Jak widać – Best Friends Forever.

Potem nadeszła moja kolej. Spędziłem w przychodni 4h, a w gabinecie siedziałem 4 min.
I tylko przeraża mnie fakt, że ważność okresowych badań kiedyś znów się skończy i będę musiał tu wrócić.

Wasz
Jan Vilnus