Krapkowickie Cinema Paradiso – 10 lat Krapkowickiego Klubu Filmowego

Zaczynali w 2005 roku. Na początku niewielu wróżyło im przetrwanie. A jednak w lutym 2015 roku Krapkowickiemu Klubowi Filmowemu stuknęło już 10 lat.

Początki nie były łatwe. Nie dość, że mieli ambitne plany wyświetlać w krapkowickim kinie filmy niszowe, spoza komercyjnego obiegu, to jeszcze musieli do tego pomysłu przekonać widzów. A ci nie zawsze byli do tego optymistycznie nastawieni.

 Jednak wysiłki Doroty Piekarczyk i Grzegorza Podsiadło, prowadzących krapkowicki klub, opłaciły się. Przedstawiamy wywiad z dwójką pasjonatów kina, dzięki którym w naszym mieście ambitny film gościł jeszcze wtedy, gdy kino

kk2Przede wszystkim gratuluję sukcesu. Jakby nie patrzeć 10 lat to kawał czasu.

Grzegorz Podsiadło: Dziękujemy. Tak, jakoś zleciało. Mówiąc szczerze nawet nie bardzo wiemy kiedy. Przez cały ten czas organizowaliśmy Krapkowickie Wieczory Filmowe i nie patrzyliśmy na to który to już film gramy. W zasadzie przy takich okazjach jak ta przydałoby się trochę podsumowań, statystyk. Niestety, nie prowadziliśmy takich zapisków. Kiedyś próbowaliśmy odtworzyć ile i jakie filmy wyświetlaliśmy, ale nie udało się tego zrobić w pełni.

Dorota Piekarczyk: Minęło już ponad dziesięć lat od czasu, kiedy to podczas jednego z wieczorów padł pomysł, by zorganizować takie seanse filmowe dla „potrzebujących”. Na pewno do takich potrzebujących należałyśmy we dwie z Gosią Łuczak, która była iskrą zapalną inicjatywy. Potrzebujących ciekawego kina, o którym można pogadać, którym się można zachwycić, które wnosi coś wartościowego w nasze postrzeganie rzeczywistości, dostarcza jakiejś intelektualnej czy estetycznej podniety. Mało się działo w Krapkowicach, praktycznie program kulturalny był żaden, nie mówię o rozrywkowych wydarzeniach, bo jest to zupełnie inna rzecz, a i tutaj było pustynnie. Trzeba z resztą powiedzieć, że w perspektywie tych dziesięciu lat wiele się zmieniło i dziś w mieście dzieje się dużo więcej.

To jak doszło do zmiany składu?

D: Gosia krótko potem wyjechała na stałe do Niemiec, a ja zostałam tu bez kompanki od pożyczania sobie książek, wspólnego oglądania filmów czy słuchania muzyki. Ale pomysł został i pociągnęliśmy go dalej z Grześkiem. Byłam wtedy w klasie maturalnej Liceum Plastycznego, Grzesiek studiował chyba jeszcze filmoznawstwo na Uniwersytecie Opolskim.

 Czyli masz wykształcenie filmowe?

G: Tak, studiowałem specjalność filmoznawczo-teatrologiczną na UO i z filmoznawstwa pisałem pracę magisterską.
D: A ja nigdy wcześniej ani potem nie byłam jakoś formalnie związana z filmem i kinem. Co prawda chodziło się często do opolskiego MDK-u na seanse Kina Studyjnego, tam zostałam kimś w rodzaju wolontariusza, wpuszczałam widzów i po sensie zamykałam salę. Przez chwilę uczęszczałam też na zajęcia popołudniowe z wiedzy o filmie, które prowadził Rafał Mościcki, obecny organizator Festiwalu Filmowego Opolskie Lamy. Ale, w ogólnym rozrachunku, podobnie jak u widzów przychodzących na klubowe seanse, wszystko opiera się u mnie na chęci poznawania ciekawego kina i uczeniu się rozmawiania o nim.

A jak reagowali na Was ówcześni pracownicy kina? Od razu spodobał im się ten pomysł?

G: O to należałoby zapytać np. państwa Zosię i Kazika Łabuz, bez których KKF na pewno dawno już by nie istniał.

Naprawdę? Zapytamy ich potem. Ale jaki wpływ mieli na działalność klubu?

G: Ogromny! To oni zaufali nam najbardziej, wierząc w to, że się uda. Pani Zosia Łabuz do dzisiaj jest dobrym duchem klubu i całego kina i kibicuje nam zawsze, za co ogromnie jej dziękujemy. U pana Kazika z kolei uczyłem się rzemiosła filmowego.

 To znaczy?
G: Z racji studiów musiałem odbyć praktyki w teatrze lub kinie. Ponieważ jestem dosyć emocjonalnie związany z naszym kinem wybór był dla mnie oczywisty. To pan Kazik uczył mnie obsługi całego projektora filmowego, jeszcze tego starego na szpule. Dzięki niemu wiem też jak montować taśmy filmowe. Uwielbiałem to robić, klatka po klatce, żmudnie i powoli, ale satysfakcjonująco. Film oglądany z małego okienka pod sufitem sali kinowej to istna magia. Zwłaszcza, kiedy słyszy się dźwięk obracającej szpuli z taśmą filmową. Krapkowickie Cinema Paradiso!

 Z jakimi kłopotami borykaliście się na początku?

G: Przede wszystkim trzeba było przekonać widzów do tak odważnego pomysłu, jak granie filmów spoza komercyjnego obiegu. Krapkowiczanie 10 lat temu byli bardzo spragnieni nowości filmowych. Nasze kino sprowadzało filmy z opóźnieniem, co wynikało z faktu, że kinowe molochy wykupywały sobie pierwszeństwo na wyświetlanie filmów. Właśnie dlatego filmy do krapkowickiego kina trafiały z opóźnieniem. Ale ludzie z naszego miasta jeździli do Opola czy Kędzierzyna na premiery. A nasze małe kino tak sobie funkcjonowało cichutko. Ale zawsze wierzyłem w to, że sprawa się zmieni. Urok kameralnych kin, jakie miało w sobie i chyba nadal ma nasze kino dawało motywację do działania.

Mówiono wówczas, że prowadzicie Dyskusyjny Klub Filmowy.

G: Tak mówiliśmy, ponieważ ideą wieczorów filmowych było nie tylko oglądanie filmów, ale także interpretowanie ich, dzielenie się swoimi przemyśleniami.

D: Wiele ciekawych opinii padło z naszej kinowej widowni i było by świetnie gdyby tę chęć dyskutowania cały czas udawało się podtrzymywać i podsycać.

A może mieliście jakieś nietrafione pomysły na film? Przyznajcie się.
G: Czy nietrafione to nie wiem. Każdy film niesie ze sobą jakieś mniej lub bardziej przyswajalne treści. Wiele też zależy od formy filmu. Nie wszystkie filmy, które sprowadzaliśmy na KWFy [Krapkowickie Wieczory Filmowe, przyp.red.] oglądaliśmy wcześniej, dlatego też nie zawsze wiedzieliśmy czy za nagrodami na festiwalach filmowych idą także treści, które spodobają się krapkowickim widzom. Do dzisiaj niektórzy wspominają „Wielką ciszę”.

Co to był za film?

G: Ach, co to był za film! Naprawdę nikt nie przeszedł obok niego obojętnie (śmieje się) To dokument Philipa Gröninga, który przez kilkanaście lat zabiegał o to, by móc wejść na teren klasztoru kartuzów we Francji. Film jest zapisem codzienności mnichów, ich pracy, modlitw i medytacji. Nie ma w nim ani muzyki (no, może poza śpiewanymi psalmami), nie ma dialogów, ani jakichś innych środków filmowych prowadzących na przykład do niesamowitych zwrotów akcji. Jest tylko tytułowa „Wielka cisza”. I może wszystko byłoby w miarę przyswajalne, nawet ta asceza obrazu i dźwięku, gdyby nie fakt, że trwał on prawie… trzy godziny.

Jakie filmy zatem najbardziej lubi krapkowicki widz?

G: Trudno trafić w gusta naszych widzców. Czasami wydawało się nam, że skoro gramy tzw. „hicior” nagradzany na wielu festiwalach, jak np. Almodovara, to przyjdą tłumy – a przychodziło niewielu widzów. Z kolei innym razem wyświetlaliśmy zupełnie nieznany film skandynawski czy czeski i przychodziło więcej. Dlatego podczas seansów KWFu postawiona była skrzynka, do której widzowie mogli wrzucać swoje propozycje filmowe. I udało się sprowadzić wiele filmów na ich życzenie. Do dziś każdy może przesyłać swoje propozycje także drogą mailową lub poprzez stronę na facebooku. [link do strony tutaj]

 Coś się zmieniło od czasu pierwszej projekcji w ramach klubu?

G: Trochę się pozmieniało. Jest nowy dyrektor KDK, Aleksander Bernat, który cierpliwie i ochoczo popiera działanie KKFu. Teraz to pani Ewelina Szkoda ogarnia cały zgiełk sprowadzania filmów, nad którym wcześniej panowała pani Zosia. A w projektorni nie ma już pana Kazika, natomiast jest bardzo pomocny Robert Eret. Bez nich klub nie miałby racji bytu.

 Zabrzmiało sentymentalnie.

G: No tak. My też jesteśmy o 10 lat starsi, Dorota ma pracę poza Krapkowicami, ja również mam obowiązki zawodowe, pracuję w tygodniu i w weekendy, ale staramy się jakoś to wszystko godzić.

D: Sama niestety bywam już coraz rzadziej na naszych seansach, związałam się życiowo i zawodowo z Poznaniem i coraz trudniej jest mi pogodzić czasoprzestrzennie różne aktywności. Te 10 lat dla klubu to także dziesięć lat w życiu młodego człowieka, w których wiele się zmienia. Teraz to głównie Grzesiek trzyma rękę na pulsie, bo jest na miejscu.

Jakie plany na kolejnych 10 lat?
G: Dalej robimy swoje. Jeśli coś się sprawdza i funkcjonuje całkiem sprawnie to dlaczego to zmieniać? Oczywiście, raz jest lepiej, raz gorzej z frekwencją, ale każdy widz jest przez nas doceniany. W ostatni weekend lutego KDK organizuje z okazji 10-lecia Klubu weekendową ucztę filmową, na którą serdecznie zapraszamy.

Czego mogę życzyć Klubowi i widzom z okazji urodzin?
D: Kolejnych, jak najbardziej „tłustych” dziesięciu lat wspólnego oglądania filmów, a mnie – absolutnego braku przeszkód w przyjeżdżaniu do Krapkowic na seanse.

Dziękuję za rozmowę.
DM

One thought on “Krapkowickie Cinema Paradiso – 10 lat Krapkowickiego Klubu Filmowego

Comments are closed.