G. PODSIADŁO: „Każde moje „wyżej” paradoksalnie staje się wycieczką „w głąb”

Z krapkowickim podróżnikiem Grzegorzem Podsiadło rozmawiamy na temat jego książki pt. „Wyżej”, która niedawno została wydana nakładem WFW. Patronat medialny nad książką objął m.in. nasz portal Krapkowice24-7.com.

Na początku chciałbym pogratulować wydania książki.

Dziękuję.

Jakie to uczucie trzymać w ręku swoją własną książkę?

Niesamowite! Powoli oswajałem się z tym, gdy trzy lata temu wydałem własnym sumptem ten
tomik w niewielkim nakładzie. Teraz dzięki WFW książka została wydana w innej formie, w większym nakładzie i jest dostępna w księgarniach internetowych i wybranych księgarniach stacjonarnych w całej Polsce.

Premiera książki odbyła się dokładnie miesiąc temu – 9 listopada. Czy ma pan już jakieś informacje zwrotne na jej temat?

Jak narazie pojawiają się pojedyncze opinie na stronach różnych księgarni. Póki co wszystkie są pozytywne, co mnie bardzo cieszy.

A jak zainteresowanie na naszym terenie?

Niemalże codziennie docierają do mnie jakieś informacje o tym, że ktoś kupił, że czytał, że chce autograf. To miłe, ale jednocześnie dziwne uczucie.

Dlaczego?

Mam na myśli rozdawanie autografów. Bardzo dziwne. Nie mógłbym być celebrytą, który idąc ulicą musi się uśmiechać do wszystkich robionych selfie z ludźmi i rozdawać autografy.

Ale chyba na naszym terenie jest pan rozpoznawalny?

Sądzę, że tak, ale to raczej efekt tego, że jestem nauczycielem, przez cztery lata byłem radnym i prowadziłem przez 13 lat Krapkowicki Klub Filmowy w KDK.

Czyli książka nie uczyni z pana celebryty?

Bez przesady. Ja doskonale zdaję sobie sprawę z tego jaki produkt wypuściłem na rynek. Nie dość,
że jest to książka, to w dodatku poezja, a jeszcze dalej – tematycznie raczej hermetyczna: o górach i jaskiniach.

No ale góry są bardzo często pretekstem do głębszych rozważań.

Były, są i będą. Po to między innymi jeżdżę w góry.

Jeden z recenentów pana książki napisał: „Poeci czasami uzupełniają motywy swojej
twórczości czynami – ale nieczęsto tak zbieżnie, jak w oddanym w ręce czytelników tomie
wierszy. Potrzebne każdemu twórcy przeszukiwanie wszystkich rejestrów pionu – w
poszukiwaniu inspiracji i wystarczającego oddalenia, by uchwycić obraz „na dole” – tu
zostało wcielone wspinaczką wysokogórską. Nie jest to jednak zbiór utworów o zdobywaniu metrów n.p.m. – chodzi, jak zawsze, o znacznie więcej.” O jakie „więcej” chodzi?

Każde moje „wyżej” paradoksalnie staje się wycieczką „w głąb”. Pokonując kolejne metry wysokości w Alpach, na Kaukazie czy w Himalajach zawsze zatapiam się jednocześnie w siebie. Wyjazdy wysokogórskie mają to do siebie, że idzie się z kimś, a jednocześnie wyłącznie z samym sobą. Wtedy ma się czas na myślenie. No, chyba, że podejście wymaga maksymalnego skupienia, wtedy mój umysł zawęża się do terenu przede mną.

A czy podczas wspinaczki skałkowej tak samo jest czas na refleksje?

Hmmm… Wspinaczka skałkowa to zupełnie inny rodzaj kontaktu z górą. Tu liczy się każdy chwyt, dobry wpin i człowiek, który znajduje się na końcu liny. To cementuje przyjaźń, o czym też piszę w tych tekstach.

Tak, zauważyłem, przyjaźń odgrywa w tych tekstach dużą rolę.

Bo przyjaźń jest dla mnie najważniejszym typem relacji w życiu. O swoich przyjaciół staram się dbać zawsze, zaskakiwać ich, pielęgnować te znajomości. I są zawsze ze mną we mnie na każdym wyjeździe. Tak jak pisałem w wierszu „Z mar twych wstanie”: „w życiu nie ma via ferraty/ na szczęście są Przyjaciele„.

I faktycznie tak jest, że przyjaźnie połączone liną są najlepsze?

Nie chcę wartościować moich przyjaźni, bo każda z nich jest najlepsza. Te wynikające z połączenia liny są na pewno inne. Bo też inny rodzaj zażyłości powstaje. Gdy np. byłem z moim przyjacielem robić kurs wspinaczkowy i papiery na wspinanie w Todrze (Maroko, Afryka, przyp.red.) to po kursie skoczyliśmy na dwa dni na Saharę. I w drodze powrotnej porwali nas jacyś arabscy rewolucjoniści. Po tak ekstremalnych doznaniach przyjaźń może pójść w dwie strony: albo się wzmocni, albo rozpadnie.

Zaraz, zaraz. Jak to was porwali?

Hehe, teraz się z tego śmiejemy. Opowiadałem o tym podczas spotkania w KDK, gdy relacjonowałem cały ten wyjazd do Afryki, a także w kilku innych miejscach i miastach. Ludzie zawsze reagują podobnie, gdy o tym mówię i pokazuję z tajniaka nagrywane filmiki. No bo o tym słyszy się w telewizji i zawsze wydaje się, że to nas nie dotyczy. Aż zacznie nas dotyczyć. Ale całe szczęście przyjechało wojsko i po zmroku nas uwolnili.

No to ma pan o czym opowiadać.

Owszem. Dlatego bardzo chętnie przyjmuję zaproszenia na spotkania z podróżnikiem. Chyba najwięcej, bo aż dziewięć razy, byłem w Strzelcach Opolskich. Niedawno znów mnie zapraszali, ale niestety w tym roku już nie będę mógł tam jechać.

A w Krapkowicach nie chcą pana zapraszać?

Nie tak często, jak w innych miejscowościach. Dosyć dużo jeździłem też po szkołach i przedszkolach, opowiadając dzieciakom o górach, wspinaczce i bezpiecznych wyjazdach. Dzieciaki to trudny odbiorca, bo wymaga ciągłego zabiegania o jego uwagę. Ale dotychczas jakoś mi się to udawało.

Czy będzie niebawem jakieś spotkanie w związku z wydaną pana książką?

Niedawno na zaproszenie księgarni Makama podpisywałem książki tutaj w Krapkowicach. A takie spotkanie autorskie prawdopodobnie odbędzie się w styczniu, ale to jak narazie jest na etapie organizacji. Mam nadzieję, że dojdzie do skutku.

fot. Księgarnia Makama/fb

Wróćmy zatem do samych tekstów. Pod nimi bardzo często zaznacza pan gdzie je napisał. Są tam zarówno nasze Góry Opawskie, jak i Himalaje oraz skały w Afryce czy Stanach Zjednoczonych.

To dlatego, że każde miejsce mnie w jakiś sposób inspiruje. Całe szczęście mam ze sobą zawsze notes i długopis, by coś napisać. Bywa jednak, że nie ma fizycznej możliwości, by zanotować jakiś tekst i tak kotłuje się on w głowie. Dojrzewa.

A osoby, którym dedykuje pan wiersze?

To najczęściej moi towarzysze podróży górskich i życiowych. Obecni i byli.

Byli?

Tak jak mówiłem wcześniej, jedni zostają, inni odchodzą.

Cykl „Sonetów himalajskich” zadedykował pan Agnieszce Bieleckiej i Franzowi Gastler. Nie mam pojęcia kim jest ten pan, ale czy Aga Bielecka to ta kobieta, która zdobyła Broad Peak i Gashebruma I? Siostra Adama Bieleckiego?

Tak, choć Agna osiągnęła w górach wysokich tyle, że już dawno przestała być „siostrą swojego brata”. Byliśmy razem na Mont Blanc, na wyprawie na Elbrus w górach Kaukazu czy właśnie w Himalajach. Jest rewelacyjna i zawsze będę to powtarzał. Przekazała mi wiele cennej wiedzy i doświadczenia. Franz z kolei jest Amerykaninem, który mieszka w Indiach i prowadzi szkołę piłki nożnej dla dziewcząt.

Ciekawe towarzystwo. Będą kolejne tomiki?

Będą. A przynajmniej taki mam plan. Chciałbym też wydać prozą moje relacje z różnych
podróży. Narazie część z nich można przeczytać na moim portalu podróżniczym NIETU, który
można znaleźć pod adresem: grzegorzpodsiadlo.pl.

To cóż, życzę panu, aby książka się sprzedawała i kolejnego tomiku.

Dziękuję bardzo.

CZYTAJ TAKŻE

Rozm. RD, fot. gł. Księgarnia Makama/fb