FelieTON Brola: Z czasem nam się upiecze?

Dzisiaj chciałbym wsiąść z Wami do wehikułu czasu, zupełnie jak Marty McFly i dr Emmett Brown w „Powrocie do przyszłości”. Niezbędna będzie mi do tego odrobina wyobraźni, dzięki której przeniesiemy się poniekąd poza świat rozumu. Jednak zapamiętaj Drogi Czytelniku pierwszą i podstawową zasadę: to Ty jesteś filmowym doktorkiem z siwym włosem, ja jeszcze trochę poudaję, że takowego nie mam.

Zasiadając ostatnio przed telewizorem z moją małżonką, uruchomiliśmy na ekranie okrzyknięty nowatorskim w podejściu do kosmitów film – „Nowy początek” (ang. „Mystery”). Nowatorskim w sensie interakcji ludzkości z przybyszami z odległych planet, bo nie wojujemy z nimi jak Pan Skrzetuski z Bohunem, ale rozmawiamy. I wzajemnie sobie pomagamy. Aby nie spojlować zbytnio przebiegu prawie dwugodzinnej przyjemności, podpowiem tylko, że wątek filmu w pewnym momencie transformuje w stronę czasoprzestrzeni. Czy można przenosić się do przyszłości i za pośrednictwem jej kształtować teraźniejszość? Czy za pomocą pewnych instrumentów mamy możliwość wyjść spoza znanego nam układu czasu?

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że żyjemy w czasie linearnym. Ot tak sobie postanowiliśmy i trwamy w tym postanowieniu nieprzerwanie, aż do śmierci. Oczywiście jest on uzależniony od kulturowego (antropologicznego) sposobu jego postrzegania, ale generalnie możemy się zgodzić, że są zdarzenia przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, rzeczywistość się zmienia, wszystko a przynajmniej my mamy początek oraz koniec. Wygodnie się umościliśmy z tą wiedzą, ale w tym momencie chciałbym włożyć kij w mrowisko. Co jeśli czas jest wpisany przez prawa natury, fizyki, Boga (niepotrzebne skreślić) w nasz świat, ale poza nim istnieje rzeczywistość, która nie ma zegarkowego ograniczenia?

Pukacie się w tym momencie w czoło i celujecie palcem w lewy przycisk myszki, ukierunkowując kursor na krzyżyk w prawym górnym rogu. Poczekajcie! Brak czasu, którego nasz rozum nie pojmuje, wcale nie oznacza, że jest fałszywym założeniem. Przykłady?

Wyjdę od ujęcia teologicznego. Według chrześcijaństwa człowiek dąży do niebiesko-białej niczym smerf-aniołek chmurki, na której nie będzie już czasu. Nie może go być, bowiem „jako ostatni wróg, zostanie pokonana śmierć” (1 Kor 15,26). Jeśli zostanie pokonana, to znaczy, że nie będzie odniesienia końca, bo istnienie wejdzie w fazę wieczności. Te cudeńko nie zwiastuje z automatu nielinearnego czasu, ale jest jego pewnym symptomem. Jakaś reorganizacja czasu, jeżeli wierzyć Biblii, musi nastąpić, ku niezadowoleniu zegarmistrzów.

Hinduizm również wyznaje istnienie pit-stopu w czasie, bo człowiek reinkarnując do kolejnych fizycznych postaci w pewnym momencie, jeśli karma jest dobra, zostaje zjednoczony z Brahmanem, gdzie może w końcu zapuścić korzenie.

Oczywiście nie wszystkie religie w nieśmiertelność w duszy, a nawet w samą duszę wierzą, dlatego nie zawsze jest sposobność znaleźć ślady czasu ponadlinearnego, ale zdecydowana większość nawiązuje do nieśmiertelności. Skąd pociąg człowieka do wiecznej egzystencji? Chodzi tylko o lęk przed nicością czy raczej o zapisaną gdzieś w genotypie świadomość innego wymiaru istnienia?

Kilka lat temu oglądałem jeszcze jeden film w tej tematyce – „Interstellar” w reżyserii Christophera Nolana. Tym razem podróż w czasie ma uzasadnienie naukowe, czyli inaczej niż w przypadku religii – zajmuje się jej fizycznymi podstawami, a nie teologiczną konsekwencją. Ponoć o czarnych dziurach, które dzięki grawitacji znajdują się w tzw. horyzontach zdarzeń i zakrzywiają czasoprzestrzeń, śnią obecnie naukowcy na całym świecie. Bo o nich jest mowa w filmie, który nie tyle otwiera furtkę nauce, jaka problemem już się zajmuje, ale puszcza wodze wyobraźni widza. Zaprasza go, by ten wyszedł poza granice własnego rozumu. Nie wytłumaczę tutaj zjawiska tak dla mnie skomplikowanego jak budowa czołgu z japońską instrukcją, ale dostrzegę, że nauka dochodzi do punktu, gdzie pojawia się możliwość ustawienia człowieka w innej czasoprzestrzeni. Ponoć znajdując się w takiej czarnej dziurze, inni widzieliby nas w spowolnionym tempie. Czyli tak, jak mnie – flegmatyka – widzą teraz ludzie w normalnych warunkach.

Gdyby wrzucić do miksera odkrycia naukowe, dodać kolejne tysiąc lat i przemieszać z intuicją metafizyczną, mogłyby nam wyjść ciekawe rzeczy. Wrócę jeszcze na chwilę do teologii, bo w chrześcijaństwie istnieli tzw. święci mistycy, którzy przez pewien CZAS znaleźli się już w takiej zaburzonej czasoprzestrzeni. Wspólnym mianownikiem ich wniosków jest zeznanie, że „dusza” czuje się wówczas jakby była w miejscu, gdzie wszystko dzieje się symultanicznie. Symultanicznie, czyli wiele rzeczy działa naraz. To by skądinąd wyjaśniało, jakim cudem Bóg komunikuje się z wszystkimi ludźmi jednocześnie, ale z drugiej strony nie tłumaczyłoby jakimi prawami naukowymi to się dzieje. Informacja ta, jeśli dać jej wiarę, sugeruje jednak, że istnieje „tam” coś takiego jak pozaczas.

Poza-czas wiele by tłumaczył, gdyby wyobrazić sobie, że przeplata się z naszą rzeczywistością. Otwarłaby się wówczas droga do rozwiązania tajemnicy déjà vu w życiu człowieka, bo jeśli w tamtej rzeczywistości dzieje się wszystko naraz, to my możemy mieć wrażenie graniczące z pewnością, że daną sytuację już widzieliśmy. Rozwiązałaby się tajemnica reinkarnacji, wedle której niektórzy moi znajomi mówią mi, że pamiętają „jakby wcielenia z przeszłości”. A jednocześnie być może poza-czas odpowiedziałby na pytanie teologom, skąd Istota Wyższa wie, co się wydarzy i co oznaczają np. słowa Jezusa o tym, że „sąd właśnie się dokonuje”.

Jak widzicie, zbyt dużo tu znaków zapytania, ale też sporo możliwości. Na wszelki wypadek wycofuję się rakiem z tego felietonu kończąc słowami: pamiętaj czytelniku, że czasu nie oszukasz. Ja, choćbym bardzo chciał, pigmentu we włosach też nie. Ale warto pomarzyć, prawda?

Paweł Brol